Ścieżka dydaktyczna

czyli co by tu jeszcze rozpieprzyć panowie

Pogoda to nie wymówka, ale dla mnie sezon rowerowy się kończy. Jeszcze utrzymuję kondycję codziennymi sprintami po Trelince (czy, jak chcą puryści językowi, a do takich nie należę, Trylince; zapominają jednak o alternacji działoszyńskiej, dzięki której chodzimy na Renek w sobotę), to jednak też się skończy z pierwszą szklanką na drodze.

Kończy się jeżdżenie, zaczyna tropienie. Przejście na Korzeń, i dalej na Ławeczkę, już tylko w woderach. Bobry robią swoją robotę. Konsekwentnie odnawiają stare koryto Warty wokół zbuchtowanego przez dziki boiska i wpuszczają wodę z rzeki kanałami (takimi, jak na Korzeniu) na Wyspę. Co do której ambitne plany ma nasza władza.

Przeczytałem niedawno w folderze województwa łódzkiego, że Działoszyn, w osobie pana burmistrza, stawia na turystykę! Brawo, brawo, brawo. Szkoda, że nareszcie i nijak się ma do rzeczywistości. Przypomnę, jak ta turystyka wygląda.

Ostatni wynalazek – Ścieżka dydaktyczna. Pewnie zwróciliście uwagę na poustawiane plansze informacyjne w okolicy, informujące o nieistniejących atrakcjach turystycznych. Jedną z nich nie jest umieszczony na takiej planszy „Młyn w Działoszynie”. Gwoli ścisłości nie młyn, tylko drewniana elektrownia wodna, zarejestrowany zabytek, który można podziwiać tylko na archiwalnym zdjęciu. Pytałem mejlowo, w tym na służbie prawdzie, łódzkiego konserwatora zabytków o ten fakt, trzy razy i bez odpowiedzi. Ze źródeł władzy, bliskich zarzynanym nieopodal duńskim świniom, wiem, że nie ma nawet dokumentacji tego pięknego obiektu.

Idźmy dalej Ścieżką. Wkracza na Obszar Natura 2000. Tuż za tabliczką, vis a vis mostu w Lisowicach, symbolem soli tej ziemi nie są już wapienniki, czy fachowo ryngowce, też zabytki. Prywatna inicjatywa równa je właśnie z ziemią. Domniemywam, że w ramach tej odżałowanej straty i Partnerstwa Publiczno-Prywatnego utwardzono kamieniem część dróg w ramach Ścieżki. Dla uczciwości trzeba dodać, że w Działoszynie współpraca pomiędzy jednostkami administracji samorządowej i podmiotami prywatnymi ma długie tradycje i układa się wzorowo. Przy odrobinie dobrej woli można to nazwać społecznym zaangażowaniem biznesu (z angielska CSR, corporate social responsibility, świetnie rokujący finansowo trend w środowisku speców od wizerunku).

Co by tu jeszcze rozpieprzyć panowie? Młyn (tu słowa uznania dla złomiarzy, którzy niezauważenie przeprowadzili skomplikowaną logistycznie akcję), Wodniak (było chociaż wierzbę zostawić), waga miejska (nawet Niemiec jej nie zniszczył), wieża widokowa w Rezerwacie Węże (próby samobójcze), wapienniki (na szczęście nie wszystkie, tylko te na ścieżce dydaktycznej) już na tamtym świecie, to może dworzec kolejowy. W Działoszynie, a nie na jakimś separatystycznym osiedlu Stacja Trębaczew, czy jak tam się sami nazywają. Pociągi od dawna nie zatrzymują się w Działoszynie i żeby dojechać nad morze, w góry, na Mazury, czy gdziekolwiek daleko stąd, trzeba jechać do Częstochowy ewentualnie Radomska. Działa to też w drugą stronę. Turysta podróżujący pociągiem, a jeśli wierzyć danym, liczba tak podróżujących rośnie dynamicznie, nie dotrze do Działoszyna, bo w rozkładzie PKP nie ma takiego miasta Działoszyn, jest Działdowo, Dziadówek, na Suwałkach!, nawet jest, ale nie ma turystycznego miasta Działoszyn. Odnośnie ruchów separatystycznych, to tylko czekać, jak Kapituła zacznie domagać się autonomii, kultowy sklep już zaanektowała (warto zwrócić uwagę i na ten trend).

 

Reasumując wiecznie żywym Bareją: „Wiecie co robi ta Ścieżka? Ona odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. To jest Ścieżka na skalę naszych możliwości. Wy wiecie, co my robimy tą Ścieżką? My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie – mówimy – to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo.”

No i mamy jeszcze altany, zawsze można tam nasrać i przyklepać. Dosłownie. Nie pozdrawiam i niekontrolowanego podziału komórek życzę odbytowi, który zostawił stolec na stole w altanie na starorzeczu (proszę, niech ta informacja dotrze, do posiadacza tego odbytu).

 

Ankieta – Kto zdobędzie pierwszy Wyspę, bobry czy gmina?

Mokry sen blacharza zamiast drewnianej perełki.

W czasie suszy szosa sucha

czyli do 10. razy sztuka

Zapowiadałem wszem i wobec, że do 10. razy sztuka, potem miałem się zastanowić.

Pierwsze trzy razy nie wyszedłem, czy też właśnie wyszedłem za bardzo, z łuku, ja, który Łuk Warty robię z prawa do lewa, z góry w dół i na odwrót. 4. raz parkowanie, 5. zgasł mi dwa razy, 6. koperta i zgasł, 7. zawracanie w krawężnik, 8. podwójna ciągła, 9. parkowanie. Blisko, coraz bliżej.

Dziesiąty. 03.07.2018, 05.00 pobudka. Planowany dystans – 160 km. Śniadanie standard: 4 jajka w majonezie i koktajl (truskawki mrożone, kilo?, siemię lniane i otręby, razem dobry kubek, bardzo dobry, kopyść miodu gryczanego, jogurt naturalny i mleko 3.8 %; i wychodzi z tego ok 1.5 litra, ale nie daję rady wszystkiego i zostawiam szklankę żonie). To ma wystarczyć na pierwsze trzy godziny, czyli do końcówki I etapu. Ledwo wsiadłem, a myślami jestem już przy drugim, bazę zaliczyć jak najszybciej, bo to w końcu ostatnie podejście i na kobiecie pełnej obyczajów do Wielunia, z końcóweczką przez Kamion!

Wspomaganie: dwa bidony 0.7l z zieloną herbatą i Vitargo Pure. Mocne, gęste, moje ulubiene na końcówki. Najlepiej zostawić jeden bidon na ostatnie 30 km przy 150 km, albo na 50 przy 200. Oczywiście woda po trasie.

Podładowany poszóstnym espresso ruszam i jadę radosny ze średnią 27 km/h. Melduję się w Sieradzu przed 09.00. Robię rondo turbinowe, bujam po centrum i newralgicznych punktach. Obserwuję. Nie było mnie tu już miesiąc. Szkoda, że Maka jeszcze nie postawili.

W końcu ląduję w bazie. WORD Sieradz, Adam Gosławski, Polska, 10. podejście do praktycznego egzaminu na prawo jazdy. Wyznaczony na 10.30 zaczynam przed 13.00.

„Samochód nr 13”, extra, dobra wróżba. Trafiam na panią, przy której za drugim podejściem nie wyszedłem nawet z łuku.

Dostaję z obsługi olej i awaryjne. Mamy jechać w łuk, ale okazuje się, że w 13. jest kapeć. Przesiadamy się do 12. Taka karma.

No nic, zamykam oczy, robię łuk, potem z piskiem wystrzeliwuję z górki na ręcznym i wyjeżdżamy do miasta. Teges szmeges, robię rondo od Łodzi do Centrum i po paru skrzyżowaniach równorzędnych i tym wszystkim w międzyczasie, nie zauważam że pani kieruje mnie na plac…

Myślę sobie, Adam, nie odjeb nic w swoim stylu, bo Adam już widział rowery na bagażniku samochodu i te możliwości, np. góry, Wisła, Istebna i Kubalonka w pierwszej kolejności, ale w końcu stanęliśmy na placu! i po zapewnieniach o współpracy działoszyńsko-sieradzkiej, dostałem kwit z wynikiem pozytywny. Za 10. razem.

Do czego zmierzam, to że cieszy mnie widok coraz większej liczby szosowców. Doliczyłem się pięciu rasowych szosówek w samym Działoszynie, podobno są widoki na więcej, a to oznacza, że można już nieźle poganiać w grupie. Długo nie rozumiałem, jak pewnie większość kolegów z siodełka, uroków szosy. Teren, teren i jeszcze raz teren. Oczywiście, ma to swoje uroki, ale proszę spróbować przejechać w jednostajnym, dobrym tempie, powiedzmy 27-28 km/h, taki Łuk Warty, z elementami krajowej 43, przez Kłobuck i Mokrą, albo górę Kamieńsk z międzylądowaniem w Bełchatowie i trasą przez kopalnię, kiedy pęka Wasze pierwsze 100 km i czujecie to, oooo, taaak czujecie, wiatr prosto w ryj, tak dobrze z pół trasy z zacinającym deszczem na dokładkę, i kiedy 15 km przed końcem pojawiają się żyletki w prawym achillesie, 5 km dalej w lewym, więc opaski uciskowe na staw skokowy, i wreszcie, ze łzami w oczach padacie na dywan, jak po trasie z Warszawy. Czujecie, czujecie przede wszystkim te endorfiny rozlewające się po ciele, kiedy to ból znika po 150., Kraków w zasięgu pedałów, albo czeka jeszcze 60 z okładem, jak po Turawie, tylko wiecie, że macie co?, rezerwę strategiczną! i jak z każdym strzyknięciem z bidonu mięśnie odżywają, aż wreszcie przed ostatnimi 30. nogi płaczą ze szczęścia w lodowatej rzece, taka krioterapia, i proszą o parę kilometrów… Wreszcie koniec, organizm buzuje jak piec hutniczy. Można wrzucić 12 czisburgerów i znikną bez śladu.

Poza tym kolega z brodą przekonał się, jak to jest jeździć z sakwami w terenie, np. na Szlaku Orlich Gniazd, wielkie brawo, za drugi dzień zwłaszcza, w strugach deszczu, sami na szlaku, zazdraszczam przygody i namawiam na wszystkich na taki Suwałki szosą, zróbcie sobie 4, 5 dni w siodle, nie zapomnicie tego wysiłku do końca życia. Kolega ma zresztą soszę i soszę poleca, prawda kolego?

Zapraszamy na szosę.

A.G.

Trasa tak podlinkowana, bo nie mogę wyczaić jak podwieszać te GPX w WordPresie, raz się udaje, raz nie, ktoś wie?

https://locatoweb.com/map/single/0350143649

 

 

Ścieżka dydaktyczna

czyli co by tu jeszcze rozpieprzyć panowie

Pogoda to nie wymówka, ale dla mnie sezon rowerowy się kończy. Jeszcze utrzymuję kondycję codziennymi sprintami po Trelince (czy, jak chcą puryści językowi, a do takich nie należę, Trylince; zapominają jednak o alternacji działoszyńskiej, dzięki której chodzimy na Renek w sobotę), to jednak też się skończy z pierwszą szklanką na drodze.

Kończy się jeżdżenie, zaczyna tropienie. Przejście na Korzeń, i dalej na Ławeczkę, już tylko w woderach. Bobry robią swoją robotę. Konsekwentnie odnawiają stare koryto Warty wokół zbuchtowanego przez dziki boiska i wpuszczają wodę z rzeki kanałami (takimi, jak na Korzeniu) na Wyspę. Co do której ambitne plany ma nasza władza.

Przeczytałem niedawno w folderze województwa łódzkiego, że Działoszyn, w osobie pana burmistrza, stawia na turystykę! Brawo, brawo, brawo. Szkoda, że nareszcie i nijak się ma do rzeczywistości. Przypomnę, jak ta turystyka wygląda.

Ostatni wynalazek – Ścieżka dydaktyczna. Pewnie zwróciliście uwagę na poustawiane plansze informacyjne w okolicy, informujące o nieistniejących atrakcjach turystycznych. Jedną z nich nie jest umieszczony na takiej planszy „Młyn w Działoszynie”. Gwoli ścisłości nie młyn, tylko drewniana elektrownia wodna, zarejestrowany zabytek, który można podziwiać tylko na archiwalnym zdjęciu. Pytałem mejlowo, w tym na służbie prawdzie, łódzkiego konserwatora zabytków o ten fakt, trzy razy i bez odpowiedzi. Ze źródeł władzy, bliskich zarzynanym nieopodal duńskim świniom, wiem, że nie ma nawet dokumentacji tego pięknego obiektu.

(

Mokry sen blacharza

Idźmy dalej Ścieżką. Wkracza na Obszar Natura 2000. Tuż za tabliczką, vis a vis mostu w Lisowicach, symbolem soli tej ziemi nie są już wapienniki, czy fachowo ryngowce, też zabytki. Prywatna inicjatywa równa je właśnie z ziemią. Domniemywam, że w ramach tej odżałowanej straty i Partnerstwa Publiczno-Prywatnego utwardzono kamieniem część dróg w ramach Ścieżki. Dla uczciwości trzeba dodać, że w Działoszynie współpraca pomiędzy jednostkami administracji samorządowej i podmiotami prywatnymi ma długie tradycje i układa się wzorowo. Przy odrobinie dobrej woli można to nazwać społecznym zaangażowaniem biznesu (z angielska CSR, corporate social responsibility, świetnie rokujący finansowo trend w środowisku speców od wizerunku).

Dziś, wczoraj

Co by tu jeszcze rozpieprzyć panowie? Młyn (tu słowa uznania dla złomiarzy, którzy niezauważenie przeprowadzili skomplikowaną logistycznie akcję), Wodniak (było chociaż wierzbę zostawić), waga miejska (nawet Niemiec jej nie zniszczył), wieża widokowa w Rezerwacie Węże (próby samobójcze), wapienniki (na szczęście nie wszystkie, tylko te na ścieżce dydaktycznej) już na tamtym świecie, to może dworzec kolejowy. W Działoszynie, a nie na jakimś separatystycznym osiedlu Stacja Trębaczew, czy jak tam się sami nazywają. Pociągi od dawna nie zatrzymują się w Działoszynie i żeby dojechać nad morze, w góry, na Mazury, czy gdziekolwiek daleko stąd, trzeba jechać do Częstochowy ewentualnie Radomska. Działa to też w drugą stronę. Turysta podróżujący pociągiem, a jeśli wierzyć danym, liczba tak podróżujących rośnie dynamicznie, nie dotrze do Działoszyna, bo w rozkładzie PKP nie ma takiego miasta Działoszyn, jest Działdowo, Dziadówek, na Suwałkach!, nawet jest, ale nie ma turystycznego miasta Działoszyn. Odnośnie ruchów separatystycznych, to tylko czekać, jak Kapituła zacznie domagać się autonomii, kultowy sklep już zaanektowała (warto zwrócić uwagę i na ten trend).

Stacja była, jest i będzie? w Działoszynie

Reasumując wiecznie żywym Bareją: „Wiecie co robi ta Ścieżka? Ona odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. To jest Ścieżka na skalę naszych możliwości. Wy wiecie, co my robimy tą Ścieżką? My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie – mówimy – to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo.”

Fachowo „odnowiona” kapliczka

No i mamy jeszcze altany, zawsze można tam nasrać i przyklepać. Dosłownie. Nie pozdrawiam i niekontrolowanego podziału komórek życzę odbytowi, który zostawił stolec na stole w altanie na starorzeczu (proszę, niech ta informacja dotrze, do posiadacza tego odbytu).

Ankieta – Kto zdobędzie pierwszy Wyspę, bobry czy gmina?

 

Ten moment

czyli Nocne Ujeżdżanie VIII

Tym razem niewiniątko, nowy uczestnik, było jedno, Tomasz Sikora, plus starzy, dobrzy znajomi, czyli, od lewej: Damian Malatyński, Daniel Leszczyk, ja, niewiniątko i Grzesiek Ogrodowczyk

Zawsze z góry uprzedzam, że będzie tak i tak i że pora jeszcze się zastanowić. Bo mało litości w Nocnym Ujeżdżaniu i za każdym razem mam nadzieję, że nikt nie wie, w co się pakuje. Nikt. Trasa to niespodzianka, nawet dla mnie, a teren i tempo nigdy nie rozpieszczały. Errare humanum est, więc, przy wsparciu całej technologii szpiegującej, bywają chwile zwątpienia i wewnętrznego pyskowania. Nie zapominajmy, że jest noc, jesteśmy w głębokim lesie, z utrudnieniami na szlaku.

Zaczyna się niewinnie, jak w horrorze, grupa przyjaciół od kółka urządza sobie nocną przejażdżkę. Piękna noc, naprawdę dopisała pogoda, wakacje w fazie szczytowej, żniwa (aaaa propos – za miesiąc zjawisko nazwane Księżycem Żniwiarzy), ten zapach, powietrze otula miękką kołderką, wiem, mdłe to było, ale tak faktycznie oblepia, że człowiek w nocy nie pośpi, więc jedzie. Jest prawie pełnia.

Most w Bobrownikach i objeżdżamy Zelce w kierunku na Węże. Ciągle jest miło, ale zaczyna coś Tomkowi świtać, że to nie jest rekreacyjna przejażdżka, a kolega Damian mówi, że widziano wilki w tych okolicach. Możliwe, że ktoś widział urwanego Brutusa, ale on raczej biega przy rzece po bagnach, nieważne, przy krajowej 42. upewniamy się, że jedziemy dalej wszyscy razem i kierunek na Szachownicę.

„Co ja robię tu, uuu, co ja tutaj robię?”, zadaje sobie pewnie to pytanie nie tylko Tomek, ja też, na tych zajebistych kamieniach wysypanych na szlaku, nie wiem po jaki ch.j, moje gratulacje Lasy Państwowe, skuteczne metody ochrony rezerwatów przyrody i obszarów Natura 2000 przed rowerzystami (bo z kładami jakoś nie dajecie rady), jedzie się jak na młocie pneumatycznym, ale jest w końcu nagroda. Zawsze warto jechać dla  t e g o  momentu, a dla mnie to była tym razem Szachownica o północy z nietoperzami i klimatem dokładnie jak z horrorów. Tyle razy widziałem tę jaskinię, nawet właziłem głęboko, ale nigdy o północy. Ktoś powie, jakie to ma znaczenie i tak w jaskini jest ciemno. Tylko, że w dzień nie latają te nietoperze. Całe chmary, ale ponieważ żaden z nas nie jest kolegą Z., ani dziewczyną, pozostaje nam tylko stać i podziwiać. W sumie można by na tej atrakcji zakończyć Ujeżdżanie i zacząć powrót z gubieniem w lasach dookoła szachownicowych, bo nawet drogi tutaj są ułożone w kratkę i spróbujcie zjechać ze szlaku, do tego w nocy, ale my nie o tym, kamienie się skończyły, przed nami piękna, długa, szutrowa prosta, bardzo szybka, daję więc zielone światło narwańcom na 27,5 i prujemy na Rozalin.

Chwila oddechu na asfalcie, czołówka mocno z przodu pod warownią w Dankowie, a kolega Tomek raczy ciekawostkami historycznymi tego miejsca, choć moim zdaniem chciał odwrócić uwagę i dodać sobie otuchy, bo zagadywał w międzyczasie, czy oni zawsze tak jadą, a ja, że tak i w ogóle, że to jest umiarkowanie, a nie wie on ci jeszcze, że zaraz wjedziemy w pola i zacznie się Górka Rębielicka! Szczerze mówiąc, nie miałem pojęcia, że działy się w Dankowie takie rzeczy, serio, takie rzeczy, a koziołek tylko beczy, co tu robić ojcze drogi, górka ma wysokie progi. Prowadzimy na szczyt i, o ironio, słabnie mi czołówka, taka na czoło, bo narwańcy podjechali górkę, wiem już, że wystarcza na 2h max. świecenia, mam tylko jedną baterię zapasową (a jest na dwie), bo to takie nietypowe chińskie gówno, żaden normalny rozmiar. Teraz zjazd i kierunek radar.

Niestety, chyba nawet księżyc otulony kołderką, bo słabo widać tę dziwną budowlę, a strach w nocy tam podchodzić, bo lecą blachy. Piach w zębach, jazda przez pola jak we mgle. Dobijamy do Rębielic, tych drugich i lecimy na Lindów. Stamtąd był plan na Wapiennik i krwawy finisz w terenie, na Patokach, ale nawet weteran Daniel przyznaje, że jest mocno. Teraz holuje Tomka Damian, po incydencie z bandamką, jak omal nie wjechali na siebie, zaiskrzyło i w takim ułożeniu, z przodu Grzesiek z Danielem, ja spinałem środek, a z tyłu historycy, pojechaliśmy na Smolarze i finisz na moście w Działoszynie. Pod koniec zrywa się wiatr i zaczyna kropić, mogła być z tego nawet piękna burza i taki filmowy powrót w strugach deszczu z piorunami, kiedyś ładną kapliczką w tle i w ogóle, ale nic nie było i tylko plus taki, że podkręciło tempo na koniec.

Oczywiście był afterek, godzina 02.30, bez ogniska, zabrakło strażnika ognia Romana i żal mi tylko tej młodzieży, która była akurat na altanie na starorzeczu, bo za moich czasów to całe lasy się paliło – a i sam Działoszyn ma piękne tradycje podpaleniowe – a teraz te biedne dzieci nawet nie potrafią rozpalić ogniska i nie wiedzą, że nawet najlepsza kiełbasa z grilla nie umywa się do tej z kija, (jak świeży bronek z kufla), na najlepszej nadwarciańskiej olszynie pędzonej, że już o poczciwym ziemniaku nie wspomnę. Pożegnaliśmy młodzież, a kolega Tomek zaprosił do siebie na mały podwórkowy  bankiecik, pozdrawiamy żonę, i ja z tego miejsca mówię, że czuję się spełniony, bo facet, który chodził po chińskim murze i spływał kajakiem po górskiej rzece, dostał tej nocy całkiem sporą dawkę endonaliny* i czuję się tym zaszczycony.

Dziękuję Panowie za świetną przejażdżkę, mogę mieć tylko nadzieję, że każdy zapamięta swoje Ujeżdżanie na długo. Bo to przecież chodzi, o kolekcjonowanie wrażeń.

* Endorfiny plus adrenalina, lubicie to, wiem o tym, u mnie zaczyna się po 50 km na szosie i osiąga apogeum przy 150.

nocne_ujezdzanie_8

Chechło

czyli dobrze spełniony obowiązek

Wątpliwości są zawsze, rano, przed kawą. Tym razem dopadły mnie wieczorem, ale nie te zwykłe, czy noga zechce podawać, tylko bardziej natury technicznej. Otóż 12 h przed wyjazdem wymieniłem blaty w korbie (48 i 36 zębów), kasetę z łańcuchem (shimanowskie smarowanie nowego łańcucha wystarcza spokojnie na 200 km), a nawet kółeczka w przerzutce i żeby nie było, klocki. Trzy dni wcześniej niezrównani chłopcy z serwisu na Fabrycznej w Wieluniu (wielkie dzięki panowie) zapletli mi kółka na nowych piastach. Mało tego, skróciłem boszką kierownicę o 4 cm, w celu uzyskania lepszej opływowości; przy okazji rower zyskał na manewrowości, co oznacza mocniejsze trzymanie kierownicy na zjazdach i w zakrętach. Innymi słowy wybierałem się w trasę ok. 200 km niesprawdzonym sprzętem i wszystko mogło się zdarzyć.

Miałem więc do myślenia, może jednak 29-tka, stoi biedna i gdyby nie ostatni wypad na górę Kamieńsk z kolegą Maciejem, to pewnie byłaby w pajęczynach. Niestety, szosa to inna szajba, liczą się kilometry i szacunek ludzi ulicy. W radio pewna znana aktorka, pani Małgosia, M jak maślanym głosem namówiła mnie na ekstrakt z chmielu, bo koi nerwy, mówiła jeszcze coś o melisie, że ułatwia zasypianie, ale niestety melisy nie dostałem, bo było już po 20.00 i apteki pozamykane. W każdym razie koiłem nerwy, walcząc Kazimierzem z Bismarckiem, Katarzyną i Ghandim w Cywilizacji V. Nerwy ukoiłem dopiero po podbiciu Ghandiego i poszedłem spać, na niecałe 5h, bo przecież trzeba być maksymalnie wypoczętym.

05.00. Wychodzę na dwór. Nigdy w życiu, 8 stopni, ale skoro już po spaniu, zaczynam się przygotowywać, może do szóstej się ociepli. Śniadanie: 3 jajka w majonezie z pajdą grubo masłem posmarowanego chleba, do tego ok. półtoralitrowy koktajl z truskawek, siemienia lnianego i otrębów owsianych (zaparzone wieczorem), śmietanki 30%, reszty mleka, tłustego jak bity Aphrodite’a* i półtorej kopyści miodu gryczanego. Nowy napęd, trzeba być przygotowanym na różne hece. Na taki dystans plecak odpada, więc mogę wziąć tylko: pompkę, dętkę, łyżki, widelce, skuwacz, spinkę, power bank, kabelek, 2 batoniki proteinowe-czy-jaki-ch.j i telefon. Do tego dwa bidony.

06.00. Też nie pojadę, ale jest już blisko. Pora na sporego drożdżowca i kawę. Po kawie nie ma już odwrotu, to taki katalizator, puszcza maszynerię w ruch, a zestaw śniadaniowy wystarcza mi na góra 4 h jazdy. Jedziemy. Zimno, co ja mówię zimno, piździ jak nad Wartą, wrzucam więc większą kadencję dla poprawy krążenia i po półgodzinie robi się ciepło. Trasa świetna, szybka, albo napęd sprawdził się tak doskonale, że często jadę na największym przełożeniu i jeszcze brakuje. Napęd jest jakby po staremu, tej samej klasy, więc to koła lżej się obracając, zwiększyły wydolność sprzętu o jakieś 10%, a skrócenie kierownicy pewnie dodało swoje. Inna sprawa, że jechałem z wiatrem. Czekają mnie jeszcze SPD-ki. Jechać na Kłobuck, Mokre, potem Herby i Tarnowskie Góry. Całkiem spory odcinek prowadzi przez Park Krajobrazowy Lasy nad Górną Liswartą. Przyroda zachwyca, podobnie jak księżycowy widok na wjeździe do Miasteczka Śląskiego. Niedaleko jeździ zabytkowa wąskotorówka i jesteśmy na miejscu. Sam zbiornik też urokliwy i spory, do objechania dobrą drogą i gdzie Ty Włodek byłeś, jak jechałem w czerwonym kasku dookoła?

W miarę, jak rosną obroty, rośnie spalanie i przez następne pięć godzin będą zużywane rezerwy tłuszczowe i w tempie wprost proporcjonalnym do tempa, będzie postępować utrata wagi. Jedyne, co można robić, to podjadać w trasie: następne 3 batoniki, 6 bananów, gorzka czekolada i obiad nad jeziorem Chechło, filet z cycka, frytki i surówki. W litrowym bidonie zostaje oczywiście rezerwa strategiczna. Polecam też moczenie nóg w możliwie najzimniejszej wodzie. Taka krioterapia dla ubogich, korzystam z tego, kiedy tylko wypatrzę jakąś wodę, najlepsze są lodowate strumyki, mięśnie są zachwycone i zawsze okazują wdzięczność. Ostatnią regenerację zrobiłem w Zawadach w Liswarcie, choć mało brakło, a cały uwaliłbym się w rzece, ale nogi z wdzięczności już się wyrywały.

Słowo o rezerwie. Rezerwę uruchamiam na koniec – litr mocnej zielonej herbaty z Vitargo Pure (czyste węglowodany, och i ach, prawdziwi Szwedzi je robili) i kreatyną. Zielona herbata, oprócz pobudzających właściwości, powoduje rozszerzanie i uelastycznianie naczyń krwionośnych (dlatego zalecają ją nawet na siłkę dla większej petardy w mięśniach), a ten miks wchłania się chyba prosto z przełyku, bo działanie jest natychmiastowe, taki wielopunktowy wtrysk paliwa. Do tego turbina pracująca na wysokich (ale nie najwyższych) obrotach, tłocząca, przez miechy dużej przepustowości, na chama cały ten szajs wraz z hektolitrami tlenu (plus wyssany z rur ołów) i mamy prawdziwy piec martenowski. Dlatego po takiej trasie stygnę dwie, trzy godziny, jem co popadnie, jestem w stanie strawić nawet dętkę i po jednym wyciągu z chmielu śpię jak zabity dobre 12h. Ale zanim, organizm pozbywa się ołowiu w postaci małej sztabki.

Im dalej na południe, tym więcej rasowych szosówek, zauważyłem to już jeżdżąc do Krakowa. Próbowałem się nawet ścigać z jednym takim i długo nie mógł się mnie pozbyć, ale jednak za wysokie progi. Raz śmignęła zza pleców cudowna Merida na piastach DT Swiss, gość pruł z 60/km na lekkim pochyleniu, och taką dosiąść… (a dźwięku piast DT nie da się podrobić, wiem, bo mam jedną z tyłu w 29-tce, teraz stoi i czeka, aż ją porządnie wyterkoczę). Pochwalić się mogę jedynie, że wykończyłem na podjeździe dziadka na elektryku, piłował skubany pod górę, aż byłem w szoku, bo nie widziałem jeszcze wspomagania. W końcu spuchł (mimo, że elektryk, to pedałować trzeba), albo raczej padł mu akumulator, bo na szczycie wyprzedziłem dziadka w stanie przedzawałowym. Niesportowa rywalizacja, dramat i euforia w jednym, na koniec poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Dla takich chwil warto żyć, 175 na Chechło pękło, elektryk dostał nauczkę.

Pamiętajcie, cel podróży jest ważny, ale tak naprawdę liczy się to, czy nogom się podobało.

Niewątpliwie pozdrawiam

A.

*ktoś ma pojęcie o czym mówię?

16.07.17_chechlo

Ssania ołowiu ciąg dalszy

czyli nie będzie Niemiec pluł nam w twarz

Na początek mam pytanie do rodaków zza zachodniej granicy – czy za Odrą ma miejsce taka sytuacja, że pod nazwą niemieckiej miejscowości na tabliczce jest polski odpowiednik? Co prawda poległem z historii w starcie na Jagielonkę (pamiętam jedno pytanie, o reformy cara Piotra I w Rosji; czołem Aneta), ale kojarzę to i owo, i wiem, kto z kim trzyma. Są jakieś mniejszości, Kaszubi chcą autonomii, Śląsk dostępu do morza, a Bobrowniki większej przestrzeni życiowej (po tym jak ich Kapituła najechała i zabrała kultowy sklep) i mógłbym powiedzieć, że to rozumiem, ale nie powiem, bo nie rozumiem, dlatego mało nie spadłem z siodełka, kiedy wjechałem w opolskie. Może pół Polski wie o polsko-niemieckich tabliczkach z nazwami miejscowości (nie mówcie, że są gdzieś jeszcze poza opolskim?!), ale ja żyłem do tej pory w słodkiej nieświadomości. Jedyna Słuszna chyba też, bo jakim cudem Partia, która kosi pomniki po komunizmie, zmienia nazwy ulic, zabiera biednym ubekom liche emeryturki, czepia się nie-po-to-przez-płoty-skaczącego-wszech-Leszka i na dodatek nie używa imiesłowów!, przeoczyła, że tuż pod nosem naszej – bo naszej, działoszyńskiej – dzielnej pani poseł BMP, grozi nam germański najeźdźca. Przecież idąc (imiesłów przysłówkowy współczesny) tym tropem, czy na Madagaskarze, Litwie, Ukrainie, w Rosji, Czechach, Bobrownikach i bóg wie gdzie jeszcze, nie powinno być tabliczek dwujęzycznych? Nie przesadzam, ani nie robię sobie jaj, wzrusza mnie to tak samo, jak Słowacki nie wzrusza. Partia chroni, Partia radzi, Partia nigdy Cię nie zdradzi*. A to pachnie mi zdradą, niestety, tak to widzę.

Nieważne, wróćmy do roweru, bo rower jest najważniejszy, no i bobry oczywiście, w sumie to nawet nie wiem, co ważniejsze, ale trzeba oddać trochę racji życzliwym kolegom, jakobym zaniedbał się z tematem. Może i się zaniedbałem, a może po prostu sowy nie są tym, czym się wydają**.

Od rzeczy, zjeździłem już szosówką trochę Polski, po drogach krajowych i wojewódzkich i nie rozumiem, skąd te utyskiwania na TIR-y. Dojechałem do Sopotu, Suwałk, Łodzi, Warszawy, Krakowa (trzy razy), często korzystam z krajowej 42. i ani razu nie zatrąbił na mnie nie tylko TIR, ale samochód w ogóle. Moja terenowa 29-tka to prawdziwa szatanka, narowista jak poszóstne espresso, kocham ją ujeżdżać i nie ma to jak hiperwentylacja w pięknym lesie na pożarówce, ale jednak szosa, to szosa. Kto nigdy ssał ołowiu prosto z rury, w tunelu aero będąc, kto nie miał na plecach sznureczka samochodów pod górkę na podwójnej ciągłej cisnąc, kto nie lawirował na styk z lusterkami samochodów w miejskich korkach, kto na slickach nie wchodził w zakręt z piaskiem na pełnej kobiecie lekkich obyczajów, kto wreszcie nie miał pełnych gaci w opcji na czołówkę, ten nie zrozumie.

Tego wszystkiego nie przeżywać oczywiście wolałbym najbardziej na świecie (jak pielęgniarka Walentyna Wnuk chciała najbardziej na świecie usłyszeć piosenkę pana Koracza o zdrowiu***), bo same endorfiny mogłyby wystarczyć, no ale życie jest zbyt krótkie, żeby nie korzystać z adrenaliny, którą nam ten piękny kraj, a ta gmina w szczególności, oferuje. I żeby w PL były takie alejki rowerowe jak w NL, tego też bym wolał najbardziej na świecie Widziałem już tutaj sporo tak zwanych alejek rowerowych i obstawiam, że w 90 % ich „projektanci” jeżdżą samochodem do kibla. W pierwszej kolejności nie rozumiem tego obłędu związanego z kostką (mamy chyba jakieś bardzo prężne lobby kostkowe), bo w takiej Holandii alejki są asfaltowe, a gdzie jak gdzie, ale tam się na rowerach znają. Poza tym, trasy są gładkie jak stół i odśnieżane wcześniej, niż drogi dla samochodów, świetnie wyprofilowane, bez krawężników i wjazdów do posesji w postaci muld, z czujnikami świateł, dającymi (imiesłów!) zielone (sic!), a rowerzysta, jeśli miał wypadek z samochodem, to tylko i wyłącznie ze swojej winy, co oznaczało przeważnie winę kierowcy. Poza tym Holendrzy nie używają kasków, ani kamizelek odblaskowych i potrafią zrobić skręta jedną ręką, jadąc na rowerze. No i nie lubią, jak się sika prosto do wody, nie po muszli. W Polandii mamy już pierwsze jaskółki, dotyczą głównie dużych miast, ponieważ ludzie, którzy się tym zajmują, kumają czaczę (żeby skumać czaczę, trzeba ją zatańczyć, a żeby ją zatańczyć, trzeba najpierw skumać, proste) i na poważnie chcą ułatwić rowerzystom życie. Wracając z dalekiej podróży na własne podwórko, to powiem tylko, że nie można z bębnem jak betoniarka 250l poważnie myśleć o rowerze. I ja to rozumiem.

Jak do tej pory alejki asfaltowe spotkałem niedawno za Olesnem (można wytłumaczyć to wpływami protestantyzmu i germanizacji), w Łodzi, Białymstoku, Dęblinie (dokładnie na przestrzał, północ-południe, lecisz jak pocisk), Warszawie (ale tylko trochę), a świetną trasę z masy bitumicznej mamy tuż za winklem, mianowicie za Kleszczowem w stronę góry Kamieńsk. O Radomiu z litości nie wspomnę, bo to nie miasto, tylko stan umysłu.

Tymczasem w naszym kochanym kurwidołku ciągle tracą zdrowie i życie ludzie, przy rzeczonej krajowej 42., na odcinku Działoszyn-Trębaczew i założę się, że BMP dokładnie wie, gdzie jest ten czarny punkt. Trąbi się o alejce już dobrze z 10 lat, gębę wyciera turystyką, zaufaniem, budowaniem społeczeństwa obywatelskiego i tym podobnym – autentyczne sformułowania z Lokalnego Programu Rewitalizacji Miasta Działoszyn na lata 2008-2015.pdf, jest tam też o ubogacaniu kulturowym, zielonym ryneczku, realizacji, rewitalizacji, rehabilitacji, reprywatyzacji i, uwaga, uwaga!, o stanicy kajakowej w jednym z bloków Spółdzielni nad Wartą – ale Miłościwie Nam Panujący mają całkiem inne zajawki, muszą się nasamprzód, czyli ile wlezie, nachorchać, natomiast rower kojarzy im się z komunią.

Przy okazji wrzucę jeszcze temat rzecznika prasowego kurwidołka (to naprawdę pieszczotliwe określenie, jestem lokalnym patriotą tak jakby). Na początku panowania, za pierwszej kadencji, aktualnie Miłościwy (facet naprawdę jest kochliwy) nie potrzebował gadaczki, parę miesięcy później potrzebował i przytulił BMP bez perspektyw, a następnie, kiedy BMP poszła za głosem Partii do stolycy walczyć o perspektywy, swoje, nasze i wasze, nie potrzebował (nawet mam na to papiery z ratusza, że nie ma takiej potrzeby, chociaż proponowałem, że się podejmę za połowę tego, co brała BMP, tej niewdzięcznej funkcji tłumaczenia, co Miłościwy ma na myśli), aż w końcu znowu potrzebował i dał funkcję pani, która twierdzi, że rzecznikiem nie jest. Znam więc temat z autopsji, ale nie ma w tym ni krzty żalu, czy pretensji, ot, po prostu, leci kabarecik.

Dziękuję za uwagę i do zobaczenia na trasie. Zbliża się 200km na szosie, cel – Turawa, zapraszam do pedałowania i śledzenia na https://locatoweb.com/en/tracks#proteina (szukać proteina).

*, **, *** – Dziś filmowo. Do jakich filmów nawiązują gwiazdeczki? Nagroda – tropienie z Brutusem. Żeby nie było za łatwo goglować, należy jeszcze podać, co to za miasto na pierwszym zdjęciu. „Panie Kazimierzu, proszę klucz od kajuty!”

Inwazja bobrów

czyli nic się nie zmieniło

Wszystko po nowem, dawno nic nie było, przepraszam, zawiodłem. Pisałem gdzie indziej, może inaczej, może podobnie, ale z tym już koniec i bomba, a kto czytał ten trąba.

Poza tym zima. Jak dla mnie tegoroczna na rower odpada. Wiem, że jeżdżą zuch-chłopaki, ale nie mam fatbike’a i szkoda mi zdrowia na oponach 29×1.9 na ubitym śniegu, lodzie tym bardziej. Druty w kościach przerabiałem, na całej głowie mam już blisko 20 szwów, wystarczy. Ale to strona o rowerze. I o bobrach.

„Rozchodzi się jednak o to, żeby te minusy nie przesłaniały nam tych plusów”*. Ta zima miała dobrą stronę – lód. Udało się nawet z kolegą, ykhmm, przejść przez rzekę po lodzie, na wyspę naprzeciw Korzenia. Sam może nie byłbym taki głupi, żeby być pierwszym, tego się nie wie, dopóki nie spróbuje, ale poszliśmy po śladach, ykhmm, osobnika ważącego spokojnie 30 więcej od mnie i elegancko można było tropić bobry na dziewiczej wyspie. Do tego znaleźliśmy ukradzioną łódkę – co z nagrodą panie ykhmm?

Pozamarzało też całkowicie starorzecze, wszystkie odnogi, kanały i mokradła. Namierzyliśmy z Brutusem w sumie 4 bobrze tamy, i dwie następne w budowie, w systemie kaskadowym. Bobry w naszych warunkach preferują budownictwo żeremiowo-norowo-tunelowe, ze wskazaniem na nory i tunele w brzegu. Resztę sobie dośpiewajcie. Dzięki zimie pierwszy raz w życiu chodziłem po Kurkowym i takich miejscach, gdzie latem brakuje tylko krokodyli, za to kleszcze i komary zżerają żywcem. Miejsce od końca starorzecza, wzdłuż linii wysokiego napięcia, ze skrzypem zimowym w śniegu, hen pod Byczą Łączkę, tropiący wilk, sarna w oddali, ognisko się pali, zima może być piękna. Ognisko to tak a propos, że ktoś tam nie może się doczekać kiełby z ognia, bo ten przecież pali się tylko w wakacje – co Wy wiecie o ogniskach…

Poza tym padł mi GPS, znaczy się urządzenie działa, pozwala się nie gubić, ale nie mogę wymotać tras na komputerze i wmotać ich na stronę; oprogramowanie do urządzenia oparte jest na mapach google’a, a ci mają swoje polityki. Stąd pozostaje śledzenie – https://locatoweb.com/user/proteina_adam_goslawski – są tu miejscówki. Przy trasie „Tropienie” jest lokalizacja bobrzej tamy, pierwszej z trzech na kaskadę. Ten system i system od Korzenia w górę rzeki są wpisane w Lokalny Program Zatopienia Wyspy, podejrzewam tu współpracę dwóch bobrzych rodzin, blisko spokrewnionych, i nadurzędu gminy, ale pewności nie mam. Jeszcze. Najbliższa zaś tama położona jest przy moście, widać ją spod powalonego drzewa za altanką. Po drugiej stronie mostu, i rzeki, w okolicach Zielonej następna. Tego programu jeszcze nie rozgryzłem, może to mieć coś wspólnego z drogą krajową 42.

Niesłychane rzeczy dzieją się też za mostem kolejowym w górę rzeki. Bobry grożą paraliżem, czego, to już pisałem gdzie indziej i tutaj, ale wcześniej, a poza tym to nie nasz rewir. Na razie. Sprawa jest rozwojowa.

Innymi słowy inwazja trwa w najlepsze.

Dlatego polecam się z psem na bobry, Brutusem – wiemy gdzie bobry zimują. Wiemy o każdym kanale wentylacyjnym w układzie tuneli na odcinku Chłopskie/Kurkowe – koniec Działoszyna w stronę Bobrownik, wiemy, kędy ongiś woda płynęła i w wielkim stylu jeszcze popłynie, gdzie spodziewać się odcięcia brzegu i zatopień, i wreszcie, co chyba najważniejsze, jak wykorzystać tuszkę bobra w celach kulinarno-zdrowotno-odzieżowych.

Pozdrawiam strojowo/strojnie?

*kto wyłapał błąd

Na zdjęciu Korzeń po lewej, dziewicza wyspa po prawej, prosto III tama

Noga podaje

czyli Kraków po raz trzeci

Już trzeci raz podjeżdżam Kraków. Tym razem na oponach Maxxis Rouler, 700x23c, więc cieniej się nie da, bo to szerokość obręczy szosówki, na której zrobiłem Suwałki, tyle że wtedy i za drugim podejściem pod Wawel miałem 700×42. Teoretycznie powinno być teraz szybciej. W Częstochowie znowu się pogubiłem, mniej niż ostatnio, więc strata czasu mniejsza, ale zdania nie zmienię – to dalej najpodlejsze miasto dla rowerów, przez jakie przejeżdżałem, no może Radom jeszcze, ale to zupełnie inna kraina, nie ma tam bananów a bociany pracują nad demografią. Powróćmy do opon, Roulery są kierunkowe, chociaż nie wiem, co tam jest odpowiedzialne za ten kierunek, może ułożenie drutów wewnątrz, bo opona jest prawie łysa. Na mokrym asfalcie jeździ się jak po lodzie, piasek w zakręcie i gleba. Na zjazdach, przy 50 km/h, przedramiona napięte do bólu, dłonie zaciśnięte na kierownicy, właściwie cały byłem sztywny jak pal Azji Tuhajbejowicza. Dodatkowo sakwy w połączeniu z tymi oponami przy ostrzejszym hamowaniu sprawiają, że rower jest prawie nie do opanowania. Dlatego wolałem podjeżdżać, niż jechać z górek na pełnej kobiecie lekkich obyczajów. Gdzieś za Porajem zaczął się wiatr w ryja. Na trzecie podejście postanowiłem nie zrzucać na najmniejszy blat z przodu. Aż pojawiła się górka pod Olkuszem, moja ulubiena (jak mawia Arnold Boczek), wygląda to tak, myślisz, że za następnym zakrętem już szczyt, już go widzisz, aż tu następny uskok i dalej w górę po łuku, i tak kilka razy.

Nie zrzuciłem jednak na jedynkę z przodu, tylko wrzuciłem po tym podjeździe dwie trójki – największy blat i dopierdacza numer 3 plus przedostatni batonik z rozmaitymi fekaliami dla sportowców, a w nagrodę obłędny zjazd do Olkusza. Za nim krajowa 94 (do tej pory obyło się bez krajówek) i jak za pierwszym razem ssałem ołów z rur TIR-ów, tak i teraz też, pięknie łamały wiatr i robiły tunele. Jedzie się wyjątkowo dobrze, ponieważ prawie cały odcinek do Krakowa ma wydzielone szerokie pobocze, jedyny strach, to ten na zjazdach. I jestem w Krakowie, czas to niespełna 10 godzin, średnia może nie rzuca na kolana, bo gdyby nie wiatr i super szybkie opony pewnie dałoby radę zejść do ośmiu. Ale gdyby babka miała wąsy, to nie jechałaby turystycznie.

Słów kilka o zasilaniu i dopierdaczach w bidonach. Nr 3 to w prącie mocna zielona herbata+kreatyna+BCAA (polecam miksy na zielonej, nie dość, że pobudza, zdrowa i spala tłuszcz, jeśli się go posiada huehue, to jeszcze rozszerza i uelastycznia naczynia niosące kreatynkę i aminokwasy, więc jest moc, że ohoho!). Batoników miałem 8, poza tym dopierdacz 2, czyli zielona+BCAA i dopierdacz 1, czyli mrożone truskawki, siemię lniane (dzień wcześniej zalane wrzątkiem, żeby oleum puściło), płatki, takie brązowe i super nie chore, kopyść miodu gryczanego aby dosłodzić nieco jogurt naturalny i śmietankę kremówkę, wszystko w jednym litrowym bidonie (a na śniadanie było piekielne leczo zapite pół litra tego dopierdacza nr 1, smołą z czajniczka i, o dziwo, po dwóch doskonałych porannych wypróżnieniach na trasie żadnych sensacji; współczuję ludziom pozbawionym regularnych stolców), a po drodze parę kilo bananów, wody półtora hektolitra i jeden wyciąg z całego byka (tauryna wyjątkowo dobrze kuma się z kreatyną, usprawnia jej wchłanianie). Na finiszu w Krakowie skromne 6 czizburgów, ubite ziemniakami ze smażoną kiełbasą z cebulą i mizerią (dziękuję koleżanki Tkaczyk). Należało się, bo spalone na popiół zostało blisko 5600 kalorii.

Na koniec uwaga do smarów, bo zaczepił mnie po drodze rolnik-masażysta spod Zawiercia z zapytaniem, który najlepszy. To odpowiadam wszystkim zainteresowanym – wyszczotkowany do sucha łańcuch (używający spinek mogą wykąpać łańcuch w benzynie ekstrakcyjnej, a nieużywającym polecam szczoteczkę do zębów i szorowanie z benzyną ogniwo po ogniwie) nasmarowałem Rohloffem, do tej pory natłukłem ponad 300 km, a łańcuch jeszcze nie błyszczy, dość przypomnieć jeszcze Suwałki+Litwa, ponad 800 km na dwóch smarowaniach; warunki to w czasie suszy szosa sucha, bo na mokrym wiadomo. Rohloff to najbardziej wydajny, i w ogóle naj, naj, naj smar do łańcucha i nie tylko, można bowiem wpuścić odrobinę w pancerze linek, albo na sprężyny przerzutek, żona smarowała nim maszynę do szycia, sprawdza się też przy skrzypiących zawiasach, latem doskonały do opalania a zimą na spierzchnięte wargi, można też natrzeć nim słoninę dla sikorek, zlatują się z całej okolicy.

Kraków zdobyty trzy razy, myślę, że pora zmienić trasę, całkiem ciekawie zapowiada się trasa Działoszyn-Wisła, dystans to 200, w jeden dzień zrobię 230, na płaskim co prawda, no a tu górki! Może zdążę do tego czasu opanować Roulery, pozbędę się sakw i bagażnika, a wtedy… Ktoś się pisze?

Darz bóbr!

Na zdjęciu Kraków, kto by pomyślał.